Mam na imię Ola, trzydzieści cztery lata, matka dwójki dzieci, z wykształcenia marketingowiec, z zawodu – obecnie głównie kierowca busa szkolnego, dyplomata przedszkolny i negocjatorka ds. niejadków. Moje życie to pasmo drobnych obowiązków, które zaczynają się o szóstej rano, a kończą gdzieś około północy, kiedy to w końcu mogę usiąść na kanapie i nie myśleć o niczym. Ale to właśnie na tej kanapie, gdzieś między praniem a układaniem klocków, znalazłam niszę, o której istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Wszystko zaczęło się od zwykłej nudy i wieczornego zmęczenia, które potrafi popchnąć człowieka do rzeczy, których się po sobie nie spodziewa.
To był taki zwykły wtorek, dwa lata temu. Mąż w delegacji, dzieciaki w końcu spały, a ja przewijałam Instagrama z telefonem przyklejonym do nosa. Reklama, reklama, kot, reklama, a potem coś, co wyglądało jak gra wideo w klimacie retro, tylko z hasłem ""poczuj emocję wygranej"". Z nudów kliknęłam. Strona wczytała się szybko, jakieś wirtualne żetony, migające ikonki, dźwięk przypominający stare automaty z budki z frytkami. Pomyślałam sobie: ""No dobra, sprawdzę, o co tyle hałasu"". Pierwsze zakręcenie było za darmo, potem trzeba było wpłacić jakieś symboliczne dwadzieścia złotych. Stwierdziłam, że to tyle, co paczka pieluch albo dwie kawy na mieście, więc ryzyko minimalne.
I w tym momencie zaczęła się moja przygoda, o której opowiadam znajomym z przymrużeniem oka, bo wciąż nie potrafię sama siebie do końca zrozumieć. Nie chodziło o wielkie pieniądze, absolutnie nie. Chodziło o to, że po tygodniu sprzątania, ogarniania, odpowiadania na milion pytań, nagle miałam coś tylko dla siebie. Ekran telefonu stał się moim małym, wirtualnym salonem gier, w którym nie musiałam pilnować, żeby ktoś nie wsadził sobie klocka do nosa. Zaczęłam traktować to jak taką grę w zgadywanki. Tu masz los, a możesz wygrać albo przegrać, zero odpowiedzialności. Dziwne, ale dla mnie to była terapia. I właśnie tam, gdzieś na tej kanapie, spotkałam prawdziwą wawadę, chociaż wtedy nie wiedziałam, jak to nazwać. Mówiąc wprost, wawada to po naszemu, po śląsku, taka paskudna dziura w drodze albo wybój. W przenośni – wszystko, co wybija cię z rytmu i zmusza do skrętu, którego nie planowałeś. Moim wybojem stał się ten elektroniczny ruletka? Nie, miłość do prostych gier losowych.
Nie będę ściemniać – nie wygrałam żadnych kokosów. Raz udało mi się wyciągnąć siedemset złotych z dwudziestu zainwestowanych. Pamiętam ten wieczór, bo nie mogłam uwierzyć, że to działa. Siedziałam i gapiłam się w ekran, a serce waliło mi jak szalone. To nie była kasa na czynsz ani na wymarzone wakacje. To była satysfakcja z tego, że udało mi się przewidzieć coś, czego nie da się przewidzieć. Bo hazard to nie jest gra w karty, gdzie można liczyć, tylko czysta matematyka i przypadek. I w tym momencie uświadomiłam sobie, jak bardzo w życiu dążymy do kontroli. Chcemy kontrolować dzieci, męża, finanse, emocje. A tutaj masz czysty los, totalną anarchię. Paradoksalnie to mnie uspokoiło. Wiedziałam, że wygrana to tylko to, co wyląduje na bębnie, a nie odzwierciedlenie mojej wartości.
Po tych kilku miesiącach śmieszkowania z automatami, przyszedł czas na drugą wawadę, trochę mniej przyjemną. Zaczęłam wchodzić na aplikację nawet wtedy, gdy nie byłam zmęczona, tylko po prostu znudzona. Dzieci godzinę oglądały bajkę, a ja otwierałam kasyno, żeby ""zabić czas"". To był moment, w którym poczułam, że to już nie jest zabawa, a taki odruch. Nie przegrywałam dużo, może pięćdziesiąt złotych tygodniowo, ale nie podobało mi się to, że robię to automatycznie. Że nie myślę o tej grze, tylko sięgam po telefon jak po paczkę chipsów. I wtedy postanowiłam sobie, że stawiam granicę. Nie ban, bo zakazany owoc kusi, tylko ustalam reguły. Grałam wyłącznie wtedy, gdy miałam na to czas i chęć, np. raz w tygodniu, w czwartek wieczorem, po sprzątnięciu kuchni. I traktowałam to jak taki mały rytuał, chociaż nie cierpię tego słowa. Raczej jak spotkanie ze znajomym, które może trwać dziesięć minut, a może godzinę.
Najciekawsze było jednak to, co wydarzyło się potem. Grając w te bzdury, w końcu nauczyłam się czytać siebie. Zobaczysz, jak reagujesz na wygraną. Czy umiesz się zatrzymać? Większość ludzi po wygranej gra dalej, bo myśli, że teraz to już będzie szło. A ja testowałam, co czuję. I okazało się, że po większej wygranej robi mi się głupio, bo czuję, że to nie moja zasługa. A po przegranej wkurzam się, ale na siebie, że dałam się nabrać. I to była moja trzecia wawada, czyli psychiczny wybój, który w końcu przeskoczyłam. Uświadomiłam sobie, że to nie gra jest wrogiem, tylko moje własne oczekiwania, że coś za coś. W życiu nie ma gwarancji, że jak dziś posprzątam szafę, to jutro znajdę w niej złoty pierścionek. Że jak jestem dobra dla teściowej, to ona mi nie podziękuje. Czasem los jest totalnie obojętny. I zamiast walczyć z tą obojętnością, lepiej ją przyjąć. Grać tylko wtedy, kiedy sprawia ci to frajdę, a nie kiedy chcesz się odegrać czy coś udowodnić.
Ludzie dziwią się, jak matka dwójki dzieci może siedzieć przy wirtualnych owocach. Ja im opowiadam, że dzięki temu wreszcie się odprężam bez alkoholu i że to taka moja szkoła pokory. Moje życie i tak jest pełne wyzwań, których nie wybieram – przedszkolne przedstawienia, choroba zęba u dziecka w ferie, awaria pralki. Tam, w tej grze, to ja wybieram, ile chcę przegrać i kiedy kończę. I to jest piękne: mam kontrolę nad brakiem kontroli. Nie wygram milionów, i nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że wystarczyło mi kilka miesięcy, żeby zrozumieć, że szczęście to nie jest wygrana, tylko stan umysłu. I chyba właśnie dlatego, gdy znajomi pytają mnie o radę, mówię: zagraj sobie czasem, ale tylko wtedy, kiedy masz dobry humor, a nie wtedy, kiedy chcesz go poprawić. Bo dopiero w dobrym humorze potrafisz się zatrzymać i powiedzieć: ""to by było na tyle, masz rację, wygrałam, koniec"". No i wychodzę z tego obronną ręką, ale z zupełnie inną głową.
Dziś gram rzadko, raz, czasem dwa razy w miesiącu. I wiecie co? To już nie jest to samo. Bo zniknęła ta nerwówka, ale została przyjemność. Takie małe święto, gdy wieczór sprzyja, dzieciaki śpią, a ja mam ochotę na odrobinę głupoty. Zamiast kolejnego serialu o psychopacie, wolę pokręcić bębnami. I co ważne, nigdy nie żałuję ani jednej złotówki, bo traktuję to jak bilet do kina samotnych matek. Dzięki tej grze odmieniłam swoje myślenie o tym, ile mogę kontrolować i na co powinnam po prostu pozwolić. Może to dziwne, że hazard nauczył mnie pokory, ale tak właśnie jest. Największą wygraną nie było siedemset złotych, tylko spokój w głowie. A o to naprawdę trudno w dzisiejszych czasach.
